DZIEŃ II - WĘDROWANIE PO DŻUNGLI

 

 

Po obfitym i pysznym śniadaniu pełni sił i radości wyruszyliśmy w dalszą drogę. Tempo od pierwszego dnia było dość dynamiczne. Nasz podupadły na zdrowiu towarzysz wyprawy był w stanie iść dalej – choć wędrował na końcu grupy. Nie miał na tyle sił, aby dotrzymać kroku idącym na początku dużym tempem. Z czasem droga stawała się coraz większym wyzwaniem. Zdarzało się, że przechodziliśmy przez bardzo strome zbocza i dwa razy kiedy spojrzałam w dół, zobaczyłam jak wysoko jesteśmy i jak bardzo trzeba być tu i teraz i być przy sobie, aby bezpiecznie stawiać kroki … Zdarzało się, że konar, którego chciałam się podtrzymać okazywał się suchą częścią drzew, która odpadała i zostawałam tylko z nią w ręku, tracąc równowagę. Czasami można było z kolei odnieść wrażenie, jakby dżungla poukładała roślinność i kamienie tak, aby człowiek mógł z łatwością ją odwiedzać, po niej wędrować i ją podziwiać, a to akurat można robić w każdej sekundzie wędrówki. Bujna i bogata roślinność, rzadkie i niezwykłe rośliny, np. paproć drzewiasta czy inne drzewa, krzewy i kwiaty wzbudzały zachwyt. Warto dodać, że teoretycznie dżungla może nas wyżywić jeśli ktoś mieszka tam przez lata i zna się na znajdowaniu pożywienia /Poznaliśmy mnicha, który mieszał w dżungli z dzikimi zwierzętami przez 25 lat. Nie mogę sobie tego wyobrazić :) /. Przewodnicy pokazywali nam co można zjeść w dżungli, z jakich pędów można pić. Próbowaliśmy wody/soku z bambusa. Smakuje bardzo dobrze.  Niestety wiele gatunków roślin, mimo, że ich owoce wyglądają bardzo smakowicie, nie nadaje się do jedzenia.

 

 

Podczas wędrówki drugiego dnia, w trakcie przerwy na lunch przy pięknym wodospadzie jedna z uczestniczek naszej wyprawy o imieniu Um znalazła w chaszczach  grubego, czarnego robaka, wzięła go do ręki i zaczęła go oglądać. Podobno był niegroźny ;) Trzeba dodać, że nasza zaprzyjaźniona Tajka bardzo często wyrusza do dżungli i ją z pasją fotografuje. W różnych dżunglach Tajlandii była już kilkanaście razy. Chwilę później Um przy kamieniu, gdzie jedliśmy lunch znalazła skórę z kobry, którą ta zrzuciła tu prawdopodobnie korzystając z dużego nasłonecznienia tego miejsca.  

Po lunchu wyruszyliśmy w dalszą podróż kierując się w stronę naszego szczytu. Kolejny dzień wędrówki i kolejne piękne i zapierające w piersiach widoki. Piękne zaułki, niesamowite połączenia drzew tropikalnych, niezwykłej roślinności, kamieni i otulająca muzyka dżungli. Wielokrotnie podczas wędrówki stawałam i zachwycałam się także bajecznymi motylami. Są niesamowite i bardzo, bardzo duże … Czasami wielkości ptaka :) W drodze przewodnik mieszkający na co dzień tuż u podnóża parku narodowego pokazał nam stary plaster miodu. Okazało się, że zajmuje się on także zbiorem miodu w dżungli. Po zakończonej wyprawie kupiliśmy od niego taki miód, który w Tajlandii nazywany jest płynnym złotem. Ma wysoką zawartość białka i minerałów. Ma silne właściwości antybakteryjne. Jest średnio słodki i dla mnie to również jego zaleta ;)

 

Drugi dzień wędrówki zakończyliśmy przy pięknym strumieniu. Po kąpieli w nim słońce pozwoliło nam jeszcze wysuszyć ubrania na kamieniach i ogrzać twarz w jego promieniach:) Wędrówka w ciągu dnia po dżungli nie daje zbyt wielu szans na promienie słoneczne. Las jest zbyt gęsty.  Przy strumieniach można doświadczyć słońca.

 

Las deszczowy jest niesamowity!  Las deszczowy to także pijawki. Zrozumiałam na miejscu po co nam długie i grube skarpetki. Te pijawki są niezwykle szybkie i próbują dotrzeć do skóry, więc jeśli nie znajdą miejsca do wbicia się na skarpetkach wspinają się swoim ciekawym, pełzającym ruchem do szyi.  Potrafią być bardzo uciążliwe.

 

Wieczorem kiedy już zdjęłam moje skarpetki, chciałam rozluźnić stopy po wysiłku stanęłam przy ognisku, aby zalać swój kubek wrzątkiem i delektować się kakao, poczułam ich moc.  Poczułam dyskomfort na stopach, spojrzałam na nie i zobaczyłam mnóstwo krwi. Byłam przerażona. To były pijawki, które z trudem odrywa się od skóry. Ugryzienie pijawki może bardzo nie boli, ale za to powoduje długie krwawienie. Nie można też tego obmywać wodą, bo to dodatkowo utrudnia zakrzepnięcie ugryzienia.

Po całodniowym trudzie, po doświadczeniu z pijawkami, po pysznej kolacji, po rozmowach poszliśmy spać. Ciekawe jest to, że w trakcie całej wyprawy, praktycznie w ogóle nie patrzyłam na zegarek. Rytm dnia wyznaczała nam natura. Po zachodzie słońca wszyscy się wyciszali, a rano budzili się ze słońcem. Upływający czas odczuwałam zupełnie inaczej. Właściwie czułam jakby żyła poza nim :)

Ta noc była dla mnie cudownym odpoczynkiem. Spałam otulona mocą dżungli do rana :)

 


Autor: Beata Jurasz